Do czego służy Facebook?

Z Facebookiem jak z McDonalds’em – wszyscy mówią, że gówno, a prawie każdy używa. Omija być może pustelników zamieszkujących jaskinie, czy wyznawców alternatywnego modelu egzystencji. W styczniu 2014 liczba użytkowników na całym świecie wynosiła około miliarda… To całkiem sporo. Nie doszukiwałabym się jednak w użytkowaniu tej platformy społecznościowej jedynie negatywów. Mnie służy ona do zdobywania informacji – cennych, mniej cennych lub tych zupełnie pozbawionych znaczenia. Być może zakrawa to o wzajemny ekshibicjonizm, ale przecież nikt nikomu nie każe obnażać się z życia, nie figuruje tu jakaś zasada przymusu, prawda? Jedni lubią obwieszczać światu cóż u nich słychać, i ja do tej grupy należę, inni nie i to też jest w porządku. Jedni lubią kolor niebieski i piosenki pop, inni wolą żółty i ciszę, proste. A być może nadmiar informacji grozi zrobieniem sobie z czapki śmietnika? Zawsze popierałam recykling i segregację odpadów, we własnej główce też, ze skutkiem lepszym lub średnim :-).
Nie podniecałabym się zbytnio nad gadką w stylu „FB zdominował nasze czasy, nie ma już prawdziwego życia, istnieje tylko wirtualne, a to bardzo źle itp, itd.” Chyba nie jest jeszcze tak całkiem tragicznie. Nie wiem jak Wam, lecz mnie przydarzyło się w ostatnich czasach porozmawiać z kimś w cztery oczy, nawet zamienić kilka zdań złożonych, uścisnąć żywą dłoń, nawiązać nić porozumienia bez użycia jakiejkolwiek elektroniki ;-)
Dzięki Facebookowi dowiaduję się każdego dnia mnóstwa ciekawych rzeczy. Odwiedzam strony wszelkiej maści ośrodków kulturalnych, od muzeów przez teatry, centra muzyczne rozmieszczone po całej kuli ziemskiej, które chciałabym odwiedzić lecz na razie zarabiam tak dużo, że nie mogę się zdecydować na które linie samolotowe wydać pieniądze (rozważam zakup prywatnego odrzutowca, żeby nie było), podglądam ciekawe blogi lifestylowe inspirujących ludzi, znajduję przepisy na japońskie zupy prosto od Japończyka, mam dostęp do wszelkich dóbr maści rozmaitej. Mogę utrzymywać kontakt z rodziną i przyjaciółmi oddalonymi lokalizacyjnie o wiele tysięcy kilometrów. A gdy czasem pani nuda okryje swym płaszczem dzień, mam możliwość zapodać sobie arcykreatywny model spędzenia nastu, no dobra, dziesięciu minut na przesyłaniu durnych obrazków do osób, które już do tego przywykły i robią mi to samo. Bywa zabawnie. Zdaję sobie sprawę, iż można uczyć się w tym czasie portugalskiego czy opracowywać receptę leku na raka, co oczywiście robię, chwilkę później.
Być może rzeczywiście udostępnianie wyników quizów, a raczej loteryjek, typu „jakim rodzajem kamienia jesteś” jest średnio potrzebne… Ale któż z nas tego nigdy tego nie robił niechaj pierwszy rzuci … właśnie, kamień. Przynajmniej będziesz wiedzieć jakim rodzajem jesteś, gdyby ktoś zapragnął tobą rzucać, a samoświadomość ponoć jest bardzo ważna!