Taxi!

Wsiadam. Jedziemy w milczeniu. Nagle z zamyślenia wyrywa mnie jego donośne:
-TO BĘDZIE ŚNIEG CZY NIE BĘDZIE?!?!! – wrzeszczy. Nie doprecyzował kiedy, ani gdzie ów opad go interesuje, by przepowiedzieć.
-y… będzie – strzelam.
Milczenie. Po paru minutach…
-…NIE BĘDZIE!!!!! – krzyczy.
Myślę- no okej, to niech mu nie będzie.
-Ach no tak, nie będzie! – przytakuję.
-Nie będzie, za zimno jest – peroruje tonem eksperta. Wygląda jak pomieszanie Zagłoby ze św. Mikołajem Coca-Coli. Całkiem sympatyczny. Świetnie jak widać nam się rozmawia.
-no… zimno jest – dopowiadam niezwykle inteligentnie. Mija 15 minuta podróży. Nasz licznik wybija jedno zdanie na trzy minuty. Całkiem nieźle.
- do widzenia panu.
Po minucie: -do widzenia pani.
*

Nie pamiętam gdzie chciałam jechać. Ale pamiętam, że podjechał ON. Na powitanie:
-eee ja oznaczeń nie mam, ja ledwo prawo jazdy mam, ale lewe za to, wiadomix hehehehehehhe, żarty takie, hehehehehhehe – heheszkuje.
„hehe” myślę.
-No to! z przygodami czy bez jedziemy?! – ryczy radośnie
-ym… z przygodami!- wypowiada to ktoś za mnie. Nie, to ja!
-NOOO TOOO JAZDA….pani się trzyma!!!! heheheh.
Rusza. W głowie zmówiłam pacierz. A nie, pacierza i alkoholu przecież nie odmawiam. No w każdym razie coś tam zmówiłam. Jedziemy. Najpierw na pierwszym rondzie wjechał od złej strony. Śmieje się jak debil, ja razem z nim, bo co mi zostało?! Jedziemy dalej.
-Papieroska?!
No jasne, przecież to ostatnie minuty mojego życia.
-Momencik, gdzieś miałem zapałki…- schyla się pod kierownicę na długie sekundy, szuka szuka, jedzie całą szerokością drogi, no ale czemu się dziwić, przecież szuka zapałek, nie można robić dwóch rzeczy na raz- szukać i patrzeć na drogę!
-TO MOŻE MUZYCZKA?!??! HEHEHEHE CO MY TU MAMY… -wybiera. Powtarza się sytuacja z zapałkami. Zajęty wyborem idealnej pieśni funeralnej jedzie szosą po całości. A nie, to droga szybkiego ruchu, sorry. W końcu wybiera. Techno-disco-polo. W rykach pieśni wydobywanej z ust kolesia o wiecznie zatkanym nosie JEDZIEMY DALEJ.
-Myśli pani, że mogę tu jechać…? Pada fundamentalne pytanie. Nie czeka na odpowiedź.
-HAHAHAHAHAHA JECHAŁA PANI KIEDYŚ CHORZOWSKĄ POD PRĄD?!?! HEHEHEHEH!!!

Już jechałam. Chorzowska to jedna z głównych naszych wojewódzkich dróg, gdyby ktoś spoza Śląska to czytał. POZDRO, HEEHEHEH.

*

Niedziela 7:15 wsiadam do tramwaju. Mam wczesny wyjazd z pracy. Pod pracę muszę dojechać po szynach. Nagle, w ciemnym międzychorzowskobytomskim polu pan motorniczy oznajmia, iż wspólna podróż nasza dobiega końca. Lekko skonfudowana jego beznamiętnym komunikatem pytam czy przewidziana jest jakaś komunikacja zastępcza (już w momencie zadawania tego pytania chciało mi się ugryźć w język. Po co się tak obnosić z własną naiwnością?!)
-A bo ja wiem… może będzie, może nie będzie. Nie wiem! – oznajmił. Wspaniale. Czy mam zadzwonić do pracy i powiedzieć, że „może dziś będę, a może nie będę?” Jestem w ciemnym polu, na dworze jedyne minus dwieście stopni, a ja za pół godziny mam wyruszać spod instytucji swej pracodawczej i nie ma za bardzo zmiłuj. Co robić? Wybieram znaleziony resztką transmisji danych komórkowych numer taksówki. -15 minut – mówi pani. Bardzo źle, ale dobra, zgadzam się. Idę przez śnieg do punktu wybranego jako miejsce oczekiwania. Podjeżdża za 1,5 minuty. Wow!
-JAKJAPANUSERDECZNIEDZIĘKUJĘŹEPANTAKSZYBKOJEST!!!!!!!- bełkoczę. BOWIEPANJAMAMWYJAZDDZISIAJIBYMNIEZDĄŻYŁAATRAMWAJENIEJEŻDZĄDAJEISAMPANWIDZI… Gawędzimy sobie miło, on z sensem, ja bez sensu. W końcu jesteśmy na miejscu, bredzę dalej bez ładu i składu, nadal pod wpływem paniki połączonej z ulgą.
Wysiadam. Tzn chcę wysiadać. Patrzymy na siebie przez dwie sekundy.

- Umówi się pani ze mną?