List do przyjaciela.

Drogi mój. Nie wiem która teraz u ciebie jest godzina. Jesteś w podróży z zachodniego na wschodnie wybrzeże, a między nimi, o ile się nie mylę, stref czasowych mieści się… kilka? Gdzież zapodziałam swój podręcznik do geografii z 6 klasy, przecież zawsze mam go przy sobie!
Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, a było to już hohoho i jeszcze więcej, zapytałeś mnie co sądzę o pewnym sloganie. Odparłam, że nie wiem i że się zastanowię. I wiesz co? Nie wymyśliłam nic.
Koniec listu.
Wiem, że się nie nabrałeś.
Domyślasz się, że nadal, niestety, nie jestem autorytetem w dziedzinie wszechwiedzy, ale spokojnie, pracuję nad tym. Myślę sobie, że my po prostu lubimy sobie, jako rasa ludzka, upraszczać ogólnie rzeczywistość. Wkładać ją w ramy nazw, rytuałów, powiedzonek, przypowiastek… Wszystko pięknie, gdybyśmy byli w parku etnograficznym i słuchali ludowych przyśpiewek. A True life niestety ma się nijak do tego. Prawda przysłów i cytatów do prawdziwego życia pasują jak świni siodło. Życie nie jest czarno-białe, choćbyśmy rwali włosy z czerepów (coś za dużo o tej ludowości chyba popisałam), choćbyśmy się zapierali i tupali nogami… Nadal będzie miała dużo odcieni szarości, jak Grey! I prędzej czy później, boleśnie bądź bezboleśnie, większość z nas się o tym przekona. Btw szarość to piękna barwa, zwłaszcza taki gołębi popiel. I idąc dalej tym tropem myślowym – nie każda potwora znajdzie amatora, nie zawsze ci co się czubią to się aż tak mocno lubią, tam gdzie kucharek sześć – będzie po prostu dużo szamy, nadzieja umrze czasem jako trzecia, a nie ostatnia, i nie zawsze dopóki walczysz – będziesz zwycięzcą. A to ostatnie powiedzonko nęka mnie ostatnimi czasy dość mocno. To taki tekst z obrazków z internetu na którym koleś w kapturze idzie samotnie w stronę księżyca, taki wiesz, wilk XXI wieku, albo inny men na siłowni, pakuje hardo, a ogłoszenie helveticą na dole jawi: Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą. No i tak się niby mówi. Pod skórą gdzieś mi szumi we krwi, że miarą twojego zwycięstwa staje się bardziej chyba osiągany rezultat niż… walka sama w sobie? Oczywiście nie „po trupach do celu” ani, że „cel uświęca środki”, ale walka dla samego mocowania się nie czyni z ciebie jeszcze bohatera. Nie myśl, że neguję tutaj wytrwałość w osiąganiu wytyczonych celów, o nie nie! To godna pochwały rzecz. Mam na myśli, że walka się toczy, ale może mieć swój kres. A decydujący werdykt odnośnie tego czy jest to „walka z wiatrakami” wytycza proste słowo: Skuteczność. Jeżeli walczysz, walczysz, walczysz… A to coś o co rzecz się cała rozgrywa nie działa, nie objawia się, nie przybliża… Czy to przymioty definiujące pozycję zwycięzcy? Walcz ile możesz i na różne sposoby. Ale jeśli się nie udaje 5, 50, 500 raz… Jasne, uda się za 555. Ale jakim kosztem? Zmierz go i jeśli nadal jest to sprawa, którą chcesz we własnym życiu objawić – rób to. W innym wypadku, uwierz mi, cierpienie nie uszlachetnia. Na pewno kogoś tam tak, ale mnie na przykład nie uszlachetniło. Nadal jestem czarującym, nieoszlifowanym diamentem, hehe. Ponadto Albert Einstein dodałby tutaj, całkiem niegłupio, że szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. To był całkiem niegłupi facet, wiesz? Także, mój drogi przyjacielu, tocz swe walki, zdobywaj szczyty, czerp i bierz. I walcz ! Mądrze i strategicznie. Pozostaw sobie też elegancki margines na próby i błędy, bo każdy ma do nich prawo i “niech pierwszy rzuci kamień” kto nigdy błędem własnym się nie umazał.
Mam nadzieję, że spełniasz swój american dream w twojej urlopowej podróży, jeździsz wypasioną bryką, śpisz w motelach z ładnymi neonami i z ładnymi kobietami, oczywiście w seksualnym kontekście życzę ci tego drugiego, wszak nie wiem jak zapatrujesz się na igraszki z lampą.
I mam nadzieję, że kawa dolewana do śniadania ma odpowiednią moc. Czuj się jak w filmie z lat 80tych. Pal na postojach papierosy oparty o samochód. Potem wróć do swojego „domu na przedmieściach” z którego się ciągle naśmiewam.
For F. 
Ps. Cztery strefy czasowe!