Przepis na człowieka

„Przepis na człowieka”
Zanim wyznałam publicznie miłość swemu ulubionemu pisarzowi J.C. na jego facebookowym profilu wpadł mi w oko obrazek z napisem: Life isn’t about finding yourself. Life is about CREATING yourself”. Zdanie to, choć zupełnie proste, spodobało mi się tak mocno, że konsekwecją stał się szereg spontanicznych zachowań, przykładowo, wspomniana wcześniej publiczna deklaracja matrymonialna. Jeśli kiedykolwiek mózg i wyczucie estetyczne tego człowieka opuszczą go i staną się osobnym bytem, to chcałabym spędzić z nim resztę życia.
Wracając do sedna. Myślę, ze sentencja ta w ogólnym skrócie definiuje to nad czym postanowiłam dzisiaj pomedytować.

W bajkowopodobnym odczuciu formowania Kreacji Siebie widzę to tak:

Do wielkiego kotła (takiego, jaki zapewne ma pan diabeł w piekle) wrzucamy składniki:
Na początku znajdujemy trzy słowa. Albo cztery. Albo siedemnaście, jeżeli ktoś lubi utrudniać sobie życie (wcale nie mam na myśli siebie, skądże!).
Obojętnie ile. Nie, nie obojętnie. Ponoć mniej znaczy więcej…. W każdym razie mają być to słowa-klucze, takie, jakimi chciał/chciałabyś definiować samego siebie oraz, zapytawszy innych ludzi o definicję ciebie w skrócie – użyli właśnie ich. Z owych słów buduje się szkielet. Ja wybrałabym na pewno słowo „takt”. Może jeszcze „klasa”… rozumiecie o co chodzi.
Czas na mięśnie. Czymś w końcu trzeba te kostki oblepić! Naprawdę jestem słaba z medycyny, z anatomii zatem – zero na szynach*, na szczęście nie w tym rzecz. Symboliczne mięśnie, czyli Nawyki. Ćwiczone – mogą stać się naszymi najlepszymi przyjaciółmi, sprzymierzeńcami zachowań mocno poprawiających kondyncję życia. Również należy wybrać ich kilka, oczywiście takich, jakie najmocniej wspomnianą kondycję życiową mogłby poprawić. Wrzucamy i mieszamy.
Czas na ŻYŁY (okropne słowo, czy tylko mnie się tak wydaje?!) i układ krążenia! Energię, siłę napędową do obudzenia energii w naszym ślicznym, pokrytym pięknie wyrzeźbionymi mięśnio-nawykami szkielecie. I myślę sobie, że owe „krążenie” to ten rodzaj energii, jaką chcesz w sobie wytwarzać, to, jaką dzielić się będziesz z innymi aurą. To też sposób twego myślenia, rozmaite ścieżki mentalne, nitki (żyłki, ble) postępowania, karma wytrwarzana wszem i wobec, zestaw codziennych przemyśleń, poglądów, generalnie mentalne zajawki i także to, czym emitujesz do świata, drogi hologramie człowieka.
Winniśmy zbudować układ nerwowy, ale potencjalny Czytelnik Lekarz mógłby się już mocno zdenerwować i zdekoncentrować, więc uznajmy, że on jest, po prostu. I działa.

Jeszcze skóra. W naszym przepisie na człowieka będzie symbolizować filtr przepuszczający to, co oferuje nam codzienne życie i ludzie napotkani na krętych (oby nie) ścieżkach codzienności. Bariera przez którą wejdzie (lub nie wejdzie) jedynie to, na co pozwolimy. Mocna „skóra” pozwoli na zachowanie równowagi między tym, co uznamy za korzystne i wpuścimy do środka, a tym, co zupełnie zbędne i, co z dozą spokoju, nakryjemy warstwą ignorowania. Może to być np. zrzęda tramwajowa, która nie zaburzy poziomu homeostazy umysłowej.
Detale w postaci koloru włosów i oczu pozostawmy już loterii. Wrzucamy element baśniowo-loteryjny do kociołka i mieszamy, mieszamy. Całą miksturę pozostawiamy na noc, najlepiej ubrawszy w elegancką piżamkę i kładziemy do łóżka (przed północą, wtedy ponoć najszybciej się regeneruje!). Przykrywamy gazikiem, watą, a najskuteczniej kołdrą i dajemy miksturze około 8 godzin. Następnie, o poranku, podlewamy filiżanką kawy, wsadzamy pod prysznic, ubieramy w czyste tkaniny i wyprawiamy do pracy, lub gdziekolwiek Mikstura sobie zażyczy. Posypujemy na koniec garstką spontanu, poczucia humoru i dystansu do siebie, wkładamy w to życie i pozwalamy działać.

 

*zero na szynach jest możliwe, dostałam je z chemii w liceum. Pozdrawiam nieścisłoumysłowo.