Jak uratował mnie cholerny mops, czyli najtrudniejsze są pierwsze razy.

Pierwsze razy.

Pierwszy krok (nawet śpiewali o tym!), pierwsze sikanie na nocnik, pierwszy dzień w przedszkolu, szkole, pierwsza pała, pierwsza złamana ręka, pierwszy papieros, pierwsze zakochanie, pocałunek, pierwszy wpierdol, pierwsze zarobione pieniądze, urwany film, utracone złudzenie, pierwszy…

W dowolnej chronologii.

Pierwsze dziecko, sikanienanocnikprzedkszoleszkolepałazłamanarękapapieroslovekissbumałącashurwanyfilmzłudzenie, pierwszy…

I tak w kółko.

Są też inne Pierwsze Razy.

Pierwsza wiosna, święta, urodziny, pierwsze lato, jesienny spacer, pierwszy sukces w pracy, kiedy masz ochotę sięgać po słuchawkę i wykręcić numer żeby się pochwalić…

nikt nie odbierze.

Pierwsza poważna choroba, w której wiesz, że Byłaby przy tobie ocierając ci z czoła pot, kiedy leżysz zatruta garścią tablicy mendelejewa, którą musisz przyjmować każdego dnia, żeby właśnie z tymi pierwszymi razami się uporać. Problem w tym, że na tęsknotę i rozpierdol umysłowy nie wynaleziono tabletek. Można uciszać cielesne objawy, nic więcej.

Btw wiecie co jest najbardziej spoko w spotkaniu z psychiatrą? Że nie zaskoczy go nic cokolwiek mu powiesz.

I w końcu Pierwszy pierwszy listopada. Dzień wszystkich świętych, zmarłych, pierwszy dzień miesiąca, wolne, wtorek, zwał jak zwał. Ale obchodzi się, że niby.

A mnie zawsze tak bardzo wkurwiał wszelki rytualizm (ach, ten przekorny charakterek). Święta, Które Się Ochodzi, Bo: a) Trzeba b) Bo Tak c) Bo Wszyscy Tak Robią (moje trzy ulubione argumenty, dzięki którym jeszcze bardziej -> patrz początek akapitu). Okej, momentami może byłabym zdolna go polubić (ach, ta konsekwencja) np. wtedy, gdy w okresie okołobożonarodzenowym po centrum handlowym chodzi święty (albo śnięty, w tym kombinezonie musi być okrutnie gorąco!) mikołaj i rozdaje cukierki (ach, ten wewnętrzny 4 latek). Albo, kiedy znicze na cmentarzu wyglądają jak obraz Monet’a…

Czasem odnoszę wrażenie, że rytualizm XXI wieku wynaleziono, żeby mieć kolejny powód do pognębiania się i taśmowej produkcji wymyślonych problemów (patrz wspomniane wcześniej centrum handlowe w okresie okołobożonarodzeniowym i inna scena. Piję sobie spokojnie kawę, oglądam się za świętym mikołajem (wyobrażając sobie, że nie jest taki święty) albo seksownymi śnieżynkami, a ludzie dookoła biegają jak pomyleni w szale, każdy nienawidzi każdego… Sami wiecie o czym mówię). Albo, załóżmy, przydaża ci się, spędzenie świąt samotnie. Z wyboru, bądź nie. Prawdopodobnie, u statystycznej większości współobywateli wzbudzisz społeczny szok i niedowierzanie, z marszu należy ci się naklejka na czoło „przegryw 206%” do stopnia, że w końcu jesteś zdolny sam to uwierzyć, jeżeli próg twojej asertywności względem ogólnie przyjmowanych zwyczajów społecznych jest niski.

Odbiegam od tematu, chowam się za dygresją. Być może wylewam gorycz. Być może wylewam żółć, że mieszkam w Polsce, gdzie ludzie kłócą się o zasrane Halloween, o to, czy ktoś pomaluje sobie gębę czarną farbką, bo innemu obraża to uczucia religijne (swoją drogą gratuję mu ich mocy). Ciekawe. Może jutro zjem na śniadanie bułki, a ktoś w bloku obok poczuje się urażony politycznie? Najszczęśliwiej by było, gdyby każdy umocnił swe uczucia religijne, polityczne, doen’t matter i schował je sobie głęboko w… dowolnie wybrane miejsce, a najlepiej w miejsce na cztery litery. Zdaję sobie sprawę, że me marzenia bywają lekko utopijne :-) Cholera, naprawdę wylewam… Wszak kocham gdzieś głęboko ten kraj, ludzie są wspaniali. Nie linczujcie mnie, lubię się buntować bez powodu ;-) (domorosły James Dean z Chorzowa Miasto, mrau)

Buntowniczy ton tego posta ma także swe źródło w fakcie, że jeżeli rzeczywiście ulegnę i postanowię traktować dzień pierwszego listopada tak, jak zwyczajowo się go obchodzi, będzie to dzień wyjątkowo ciężki. Nie tylko dla mnie. Mam cudowną siostrę, która dźwiga wraz ze mną… Od września minionego roku każdy nasz dzień waży około ośmiu ton nieszczęścia, a od minionej wiosny około szesnastu… teoretycznie mogłoby się wydawać, że dzień jak co dzień, mówić, że to wszystko tylko symboliczne…

Bez jaj, kurwa. Bardzo ciężko odwiedza się na cmentarzu najbliższego człowieka. Mogiłę, fakt, można traktować symbolicznie. Nie mniej jest to, całokształtem patrząc, przeżycie równie miłe, co amputacja stopy na żywo bez znieczulenia plus oskalpowanie czaszki na deser. Wokół pełno ludzi, większość zobojętniałych, być może otrzaskanych nieco lepiej ze śmiercią. Obok tego my z Zośką. Świeżaki. W wydaniu hardcore, bo wciąż nie wiemy dlaczego tam stoimy. Nie tak sobie wyobrażałyśmy listopad. Nie tak sobie wyobrażałyśmy wiele rzeczy. Nawet oddalając się zupełnie od swoich imaginacji… Takiego koszmaru nie spodziewała się żadna z nas.

Skąd ten durny mops w temacie? Kocham mopsy. Szczęśliwie się składa, że jeden mieszka piętro niżej ode mnie. To znaczy, nie sam, mieszkają z nim też ludzie. Kiedy zachorowałam (efekt złego domina) przychodziły mi do głowy, cóż tu kryć, różne pomysły. Czasami niezwykle głupie. A kiedy stopień zgnębienia osiągał stan niebezpiecznie wysoki, i, załóżmy, wracałam przez ciemność wieczoru i mroki swego umysłu do domu… ZAWSZE, zawsze, zawsze wtedy właśnie spotykałam Pana Sąsiada z mopsikiem. Zawsze… Być może nadinterpretuję metafizyczne znaki, ale jedyne czego mogę szukać w rytualizmie dni takich jak 1.11, 24.12… to jakakolwiek metafizyka i znaki. Człowiek ratuje się czym potrafi. Mnie niejednokrotnie uratowało spotkanie mopsa i niebywała radość, jaką wzbudzał ładując mi się brudny na kolana (oraz brak woli schodzenia z nich jak już przykucałam do niego na chodniku), a, do tego ciepło emitujące od człowieka, który jest jego właścicielem przypomniało mi ciepło osoby, która miała go bardzo dużo. I o brak której rozgrywa się cały aktualny brak optymizmu. Być może mopsia łapa staje się głupim znakiem, że owy optymizm, choć mocno potargany, za parę lat do nas wróci…

I znak, że gdzieś jesteś Mamo. I że nie chcesz, żebym była dziś taka smutna. Mam nadzieję, że widzisz jak bawię się z cholernym mopsem. I, że, mimo wszystko jesteś ze mnie dumna.

Skądinąd może wprowadzenie się do mojego domu wielotysięcznej armii biedronek też ma na celu uzmysłowienie, że, za melodią grającego znicza podążając, Wstań, powiedz nie jesteś sam… 

Dark humor. Mama go lubiła.

Post ten dedykuję Mamie Agnieszce, która cierpliwie znosiła wszelkie moje prowokacje, z którą mogłam dyskutować o kontrowersjach, o sensie i bezsensie, o każdej ważnej sprawie i mało ważnych drobiazgach. Jednej z niewielu osób dla której realnie ważne było co myślę, czuję i jak się mam. Miałam wielkie szczęście być Twoją córką przez 26 lat*. Powiedzenie, że tęsknię za Tobą brzmi zabawnie.

W Kunstmuseum w Bazylei widziałam plakat z napisem Everytime you think of me I die a little.

Ja przetransformowałabym go dziś na Everytime I think of you I die a little.

*tutaj pierwszy raz od wielu tygodni była przerwa na emocje.