Mała rzecz o pięknie niewypowiadania.

Odnoszę subtelne wrażenie, że cierpimy na pewną ogólnie społeczną przypadłość. Jest to mianowicie Rozpaczliwa Potrzeba Wypowiadania Swojego Zdania Na Każdy Temat, w zgrabnym skrócie RPWSZNK. Nic w tym złego by nie było, gdyby zjawisko owe miało swój przejaw w momentach okolicznościowych, sporadycznych lub, kiedy ma to jakieś znaczenie, a, niestety, często wykracza poza wszelkie granice sensu, wyczucia i dobrego smaku. Jedną z gałęzi wyżej wspomnianego schorzenia są także komentowanie wszystkich, wszystkiego i wszędzie, zawsze.

Znacie taką scenę z życia ? Grupa ludzi. Siedzą, stoją, leżą, obojętnie. Praca, impreza, bez znaczenia. Rozmawiają, choć trudno to nazwać rozmową… Nikt nikogo nie słucha, każdy bowiem czeka niecierpliwie na swoją kolej, żeby wyartykułować, czasem ‚wywrzeszczeć’ co ma do powiedzenia, i do tej pory jest nawet nie jest najgorzej, chyba, że… o zgrozo, osobnik A rozpaczliwie próbuje przekonać osobników B, C, D (czasem mam nadzieję, że łącznie z samym sobą) do swojej racji! A z tego co mi podpowiada zmysł obserwacji, na świecie figuruje około 7 mld racji, każda ubrana jest w ciało, ręce, nogi… Ciężko to ogarnąć. Dobra, odliczając niemowlęta… No w każdym razie liczba to spora.

Nie mówię już nawet o kulturze (o czym?) dyskusji w telewizyjnych debatkach, bo tutaj nóż w kieszeni by się otworzył, a szkoda mi płaszcza (lumpeks nie lumpeks, płaszcz jesienią się przydaje. A wąż w kieszeni nie chce mieć dziur. Durne żarty, Kasiu.). Lecz my! Obywatele! Na co dzień mamy moc sprawczą panować nad oprawą i jakością prowadzonych wszelkich wymian zdań, dialogów, rozmówek.

Wyobraźmy sobie człowieka z klasą. Dowolnej płci. Załóżmy dostojnego gentlemana lub wytworną damę. Ktoś, kto roztacza aurę wzbudzającą szacunek większości ludzi. Czy jest to obraz człowieka histerycznie wymachującego rękami i wywrzaskującego na każdym kroku swoich opinii, BO SĄ ONE BARDZO WAŻNE I WYPOWIEDZIANE G Ł O Ś N O ZMIENIĄ BIEG WSZECHŚWIATA!!!?! Nie przypuszczam… Zatem? A gdyby tak dawkować ludziom siebie wraz z własnymi poglądami (nie bez powodu są one „własne”)? Mówić o nich jedynie wtedy, gdy ktoś zapyta? Lub, gdy faktycznie jesteśmy decydentami, kreatorami i pogląd ten zmieni międzygalaktyczne ścieżki… A dlaczego tak? Bo wydaje mi się gdzieś pod skórą, że człowiek naprawdę pewny tego, co myśli nie musi tego głośno i często mówić. Zauważyliście, że często najwięcej i najgłośniej krzyczą ludzie niepewni swego ?

Nie wiem czy mam rację, nigdy nie upieram się, że ją mam, sama paradoksalnie wypowiadam swoje obserwacje na blogu niepytana ;-) Pozostawiam w tym miejscu przestrzeń dla małej refleksji (lub kulturalnej polemiki :-)) o obyciu, kulturze, sensie mówienia wszystkiego i angażowania się w jazgot jaki generują wszędobylskie dyskusje Między Nami Polakami, w zgrabnym skrócie MNP.

…Wszak Merci, Rafaello i CISZA wyrażają więcej niż tysiąc słów …

Ze swojej strony obiecuję, że do 1 listopada będę blogowo siedzieć cicho!