Pierwszy wpis.

Do tej pory pomysł pisania blogów, dzienników, pamiętników wydawał mi się niepotrzebny, wszak uznałam, ze winno się je pisać tylko samemu dla siebie. Postanowiłam jednak delikatnie oddyskretnić swój, bowiem nigdy nie wiadomo, czy kiedyś, gdzieś, przypadkiem, ktoś nie odnajdzie w tym cząstki bliskiej sobie… Kto wie.

To pierwszy wpis. Może ostatni, może nie. Będzie dość smutny.

„Pewnego dnia”
Wyobraź sobie, że jest na świecie pewna osoba. Jedyna, która kupuje Cię w 200% niezależnie od tego co robisz i kim jesteś (czy nie jesteś). Jedyna przy której czujesz się bezpiecznie i która staje po Twojej stronie cokolwiek byś zrobił (czy nie zrobił?), powiedział (nie powiedział?), planował (a może nie planował?). Poziom jej akceptacji wobec Twojego jestestwa i poczynań jest stale bezdenny, niezależnie od kalibru błędu jakiego byś postanowił nie czy popełnić. Jedyna, przez którą wierzysz w znaczenie dość wyużytego słówka „miłość”.

Pewnego dnia Osobę, której rola w Twoim życiu i szereg przymiotów, które jej dotyczą i wyżej zostały wyłożone dotyka niewyobrażalna tragedia.

Pewnego dnia (innego niż ten, wspomniany akapit wyżej, Pewnych Dni tego rodzaju było bowiem wiele) stajesz u progu historii tak dramatycznej, że nie wynaleziono jeszcze odpowiedniego alfabetu do ułożenia słów gotowego, by trzeźwo o tym opowiadać. Czasami w pijackim widzie słowa usiłują się wydrzeć (dosłownie), ale z reguły niewiele z tego wychodzi.

Mogę sobie wyobrazić, że kiedy ktoś umiera nagle emocje odczuwane przez tych co zostali są tragicznie mocno skondensowane. Poczciwie zwane „szokiem i niedowierzaniem”, tylko do potęgi nieskończonej. Grunt traci się mocno i nagle. Nasz grunt, grunt mojej rodziny osypywał się przez ponad pół roku. Kolejne pół, to powolne uświadamianie sobie co się wydarzyło, co w odczuciu emocjonalnym było równie przyjemne, jak nabijanie własnego mózgu na zaostrzony pal, tylko w trybie slowmotion. Autopilot wszak ma swój kres działania.
W każdym razie finał tej dramatycznej, dodatkowo kryminalnej historii jest okrutny, zagadkowy, wciąż nierozwiązany, po prostu tragiczny. Zasób przymiotników mi się kurczy.

Każdy, kto przerobił niemoc i bezsilność w walce o ratunek zdrowia najbliższego człowieka wie o czym mowa. Koleje tej historii, jak wspomniane zostało wcześniej, przybrawszy kryminalny obrót, zdolna jest jedynie w mikroskali opisać zawartość teczki z aktami śledztwa, która spoczywa w archiwach prokuratury, bowiem moje oratorskie moce sprawcze tutaj mają swój kres. Jeszcze nie potrafię.

(…) Postanowiłam jednak nigdy nie pokazywać po sobie. Wszak nie wydaje mi się aby świat był specjalnie zainteresowany naszym stanem ogólnym samopoczucia, tym bardziej, jeżeli nie zakrawa on o szczyty hurra-pozytywu, towaru tak w obecnym świecie pożądanego. Z własną rozpaczą można rozliczać się oczywiście spektakularnie, zwariować, wylądować u czubków, zawalić pracę, odejść ze społecznego funkcjonowania i zaprzestać kontaktu z wszelkim sygnałem ziemskim…
Ale.
Można też pozbierać resztki rozsypanych kawałków Twojej pogruchotanej rzeczywistości i próbować kleić z nich każdy kolejny dzień. Podjąć decyzję o nierujnowaniu tej garstki spraw, które zostały do zrobienia własnymi zmaganiami z rozpaczą, oraz, podjąć za efektem domina drugą decyzję o niezmuszaniu innych do oglądania twojego upadku w przepaść. Gdzie nawet nie chcesz tego robić, z prostej przyczyny – nie wróci to życia Twojej ukochanej osobie. I MUSISZ, MUSISZ żyć, w rzeczywistości poamputacyjnej serca i duszy, jakkolwiek słowa te źle i naiwnie brzmią.
Przy całym bólu ciała i psychiki z jakimi teraz walczę, przy wszystkich momentach totalnego dna, kiedy pojawia się „flash-back” z Nią w roli głównej, zarówno z czasu przed chorobą, jak i w trakcie jej trwania, kiedy rozrywa Ci się serce, mózg i każdy kawałeczek ciała… Chciałabym uczynić na zgliszczach tego co się stało, jakąś wartościową treść, pod szyldem „Mimo Wszystko”. Uczynić resztkę swoich dni ładnymi, „Mimo Wszystko”. W absolutnej kontrze do tego co się wydarzyło. Trzymajcie kciuki za powodzenie mojego skromnego planu. I życzcie mnie i mojej rodzinie sił, których i tak mieliśmy więcej, niż ilość absurdalną. Absurdu w życiu wszak nigdy zbyt wiele.

I nie myślcie, ci którzy nas znają, że to, że przetrwaliśmy pogrzeb, czas poszukiwań, chorobę Agnieszki w miarę normalny sposób, że nie pokazujemy na co dzień jakiś szaleńczych przejawów psychozy, że żyjemy, pracujemy, śmiejemy się, oznacza, że przeszliśmy nad tym, ot tak do trybu codzienności i normalności. To naprawdę zasługa dobrego aktorzenia.

Mamo, najdroższa. Bardzo za Tobą tęsknię. Kocham Cię.
Kasia.